Czy dobro rzeczywiście powraca?

Coś Ci opowiem. Historia wygląda jak zmyślona, ale jest całkowicie autentyczna, a przydarzyła mi się jakieś dwa tygodnie temu, może ciut ponad. Polska żyła wtedy finałem WOŚP i zabójstwem prezydenta Adamowicza, a ja miałem zupełnie inne sprawy na głowie. Nowy rok zaczął się dla mnie fatalnie pod względem finansowym i szukałem jakiegoś wyjścia z opresji. 

Tak się jakoś złożyło, że agencja, dla której pracuję i która to stanowi obecnie ważny filar moich dochodów, przeżywała jakiś krótkotrwały kryzys: pusty panel, zero zleceń. Równie kiepsko było w moich własnych kanałach sprzedaży usług: cicho wszędzie, głucho wszędzie. Znów musiałem sięgnąć po kartę kredytową, którą zdecydowanie wolałbym spłacać niż wykorzystywać w celu zrobienia niezbędnych zakupów.

Internet opanowała akurat akcja napełniania „ostatniej puszki Prezydenta Adamowicza” i w powietrzu wisiała gęsta atmosfera charytatywności. Tak gęsta, że aż i mnie się udzieliła, a to nie lada wyczyn. Nie jestem przeciwnikiem dobroczynności, ale wychodzę z założenia, że dzielić się można i trzeba, ale nadwyżkami, a ja miałem nie nadwyżkę, lecz deficyt. Mimo to wszedłem na #siepomaga, wyszukałem jakąś nieboraczkę w potrzebie i przelałem parę złotych. To było około południa.

Do wieczora miałem pakiet zamówień na cały tydzień, z trzech różnych źródeł. 

Cud?

Wierzyć czy nie wierzyć?

Jestem człowiekiem racjonalnie myślącym. Kimś, kto woli wiedzieć, a nie wierzyć. Rozumieć, a nie bezwiednie przyjmować internetowe mądrości. Powinienem więc założyć racjonalnie, że był to po prostu zbieg okoliczności. 

Ale jest z nim pewien problem: coś takiego zdarzyło mi się nie po raz pierwszy.

Wiem, świnia jestem. Pomagać innym należałoby z czystej dobroci, z potrzeby serca, z najszlachetniejszymi intencjami. Ja uczyniłem to trochę na zasadzie chwytania się brzytwy. Efekt przerósł jednak moje oczekiwania.

Mam z tym jeszcze jedno osobiste doświadczenie: „ten numer”, jeśli można to tak niezbyt ładnie nazwać, działa tylko raz. Czyli gdybym codziennie wpłacał dychę na jakiś szczytny cel, to już drugi i kolejny raz byłby czystą dobroczynnością, nieprzynoszącą mi korzyści innych niż satysfakcja. Przerabiałem to już. Przerwa musi być naprawdę długa, a z głowy musi skutecznie ulecieć nadzieja, że jak ja komuś coś, to coś lub ktoś mi w zamian itp.

Kto lub co za tym stoi?

Bóg zapłać

Gdyby przyjąć, że to nie zbieg okoliczności, ale rzeczywiście jakiś irracjonalny bumerang, który sprawia, że uczynione komuś dobro zostaje czyniącemu zwrócone z nawiązką, trzeba by założyć istnienie [tego] Boga, jakiegoś boga albo bliżej nieokreślonego nadprzyrodzonego bytu, porządku świata, prawa naturalnego itp. To nie moje klimaty, mój świat realny jest poznawalny. W kategoriach racjonalnego myślenia nie mieści się więc żaden związek między paroma złotymi wysłanymi na konto kogoś potrzebującego, a całkiem niemałą kasą spadają wkrótce potem jak z nieba.

Dodam, że gdybym był wierzący, to szczerze współczułbym Panu Bogu, któremu codziennie iluś ludzi wystawia rachunki. Ja tu coś-tam, ty mi coś-tam, a Bóg zapłać. Musiałbym też przyjąć, że ów Pan Bóg, co byłoby dla mnie zupełnie zrozumiałe, płaci te rachunki rzadko i niechętnie. Iluż dobrych ludzi, mających na koncie niezliczoną ilość uczynionego innym dobra, zdmuchnął z tego świata mocno przed czasem, czasami nawet w okrutnych okolicznościach… Dobroczyńcy nie są w żaden sposób premiowani, przynajmniej na tym łez padole. Jeśli już, to czasami odpłacają im ludzie.

No dobrze, a co ze złem?

Napiszę to trochę wbrew sobie, bo znów zapachnie bajaniem, a w blogu finansowym nie powinno być na to miejsca. Cóż jednak poradzę na to, że parę razy widziałem powracające zło? Nawet w internecie, gdzie zdarza mi się być od czasu do czasu potraktowanym, delikatnie mówiąc, niezbyt życzliwie, ponieważ bywam czasami nieco kontrowersyjny. Wciąż pamiętam parę osób, które obrzydliwie mnie w Sieci opluły, a wkrótce potem narzekały na spadające nie wiadomo skąd nieszczęścia i to całkiem sporego kalibru, w tym i finansowe. Znów pewnie zbieg okoliczności, z tym że nie na pewno.

Czy jeśli uczynimy dobro, ale nie z potrzeby serca, lecz w nadziei na to, że wróci do nas zwielokrotnione, to faktycznie wróci? Czy w ogóle wraca? Jak to się ma do pieniędzy? #karma #dobro# dobroczynność #charytatywność #pieniądze #blog #blogfinansowy

 

Karma

Pogrzebałem deczko i wyszło mi, że jakieś wytłumaczenie przynosi karma, czy to hinduska, czy buddyjska. Byłyby to więc prawa przyczyny i skutku. Trochę to enigmatyczne, karma kojarzy mi się zresztą przede wszystkim z tym, co daję moim kotom. Może ktoś, kto wyznaje buddyzm lub hinduizm i zagłębił się w jego nauki, umiałby powiedzieć coś więcej.

Nie wiem, jak to jest. Pojęcia nie mam.

Ale może to i dobrze, że nie wszystko można obliczyć. Dobrze, nie wszystko jest jak pieniądze. Że są pytania, na które nie znamy odpowiedzi.

Jakie są Twoje doświadczenia?

Może masz własne doświadczenia z powracającym dobrem lub złem? Jestem ich bardzo ciekaw. Zapewne nie ja jeden. Podziel się nimi w komentarzu ~ tu lub na Facebooku. Z góry dziękuję (zamiast Bóg zapłać)!

Twoi znajomi też by to chętnie przeczytali...