Jak związać koniec z końcem – metoda saszetkowa

Nie podpowiem Ci, jak zarobić tyle, żeby wystarczyło. Z tym musisz się uporać sam(a). Podpowiem natomiast, jak racjonalnie zarządzać środkami, które masz do dyspozycji. I nie będą to bajki amerykańskiego guru od finansów. 

Gdybym kilka lat temu, u schyłku mojej działalności gospodarczej, wiedział o finansach osobistych tyle, ile teraz, to dziś albo nie miałbym kredytów do spłacania, albo znacznie mniej. Niestety, postępowałem jak ostatni idiota, a skutki odczuwam każdego dnia. Choć nie zarabiam mało, muszę żyć bardzo skromnie, a myśl „spłacać, spłacać” towarzyszy mi nieustannie. Ale cóż – stało się, żyło się beztrosko na kredyt, wypierając ze świadomości realia, a dziś trzeba za to dosłownie i w przenośni płacić. Choćby pracując siedem dni w tygodniu i traktując urlopowy wyjazd jak coś, co może mi się już w życiu więcej nie przydarzyć (bo mam swoje lata, a z mojej półki już biorą do piekła).

Gdybym wiedział wtedy, co wiem dziś… 

Nie masz pojęcia, jak bardzo boli mnie widok samolotów pasażerskich na niebie. Mieszkam o 15 minut drogi autobusem od wrocławskiego lotniska, toteż widuję ich codziennie całą masę. Uwielbiam latać, uwielbiam podróżować, ale to jeszcze długo nie dla mnie. A tam w górze „bogaci, szczęśliwi ludzie” – tak dosłownie podpowiada mi diabeł – dręczyciel, jeden z kilku, które tkwią u mnie za pazuchą.

Powiedziałbym, że moja finansowa głupota sprzed lat odpowiada mniej więcej za połowę tego, co obecnie „wiszę” bankom. A że nieszczęścia z przyjemnością chodzą parami, nałożyły się na nią perypetie na rynku, dość specyficzny rodzaj działalności (który spowodował, że zamykanie nierentownej firmy musiało trwać rok) plus problemy zdrowotne, które też dają po kieszeni. Razem powstał z tego całościowy dług wynoszący mniej więcej tyle, ile jestem w stanie zarobić przez rok. Domyślasz się zapewne, że niełatwo to spłacić, a w każdym razie wymaga to czasu.

Głównie dlatego tworzę ten blog. Innym ku przestrodze, ale przede wszystkim po to, żeby samemu się dopingować i jeszcze aktywniej szukać dróg obchodzenia się z pieniędzmi, które portfelowi służą, a nie szkodzą. Nie z pozycji mądrali, który zjadł wszystkie rozumy i z wysokości pomnikowego cokołu „naucza”. Raczej jako prezes Klubu Niebogatych, z którego mam jeszcze nadzieję kiedyś wystąpić.

Słoikowe bajki z ju-es-ej

Harv Eker i metoda sześciu słoikówJest sobie w Hameryce taki wędrowny mówca motywacyjny, który chwali się przebyciem drogi od zera do milionera. Nazywa się Harv Eker, a wśród swoich osiągnięć wymienia coś, co nazywa JARS money management system. Jest to metoda znana w Polsce jako system sześciu słoików i powodująca u mnie złośliwy rechot.

Eker twierdzi mianowicie – i tu ma trochę racji – że największa różnica między finansowym sukcesem a porażką wynika ze sposobu zarządzania własnymi finansami. Dalej już opowiada bajki o tym, jak to zarządzanie może prowadzić do wolności finansowej, dzięki której nie trzeba będzie już pracować. Dobre, nie?

Amerykanin proponuje więc – a niektórzy polscy blogerzy powtarzają to za nim – system, w którym nasz dochód dzielimy między sześć słoików (jeśli używamy gotówki) lub subkont (jeśli korzystamy z konta bankowego, przelewów i karty płatniczej). Tu dopiero robi się wesoło, bo Eker dzieli pieniądze tak:

  • 55% dochodu (np. miesięcznego) przeznaczamy na rachunki, opłaty, spłatę długów i niezbędne zakupy;
  • 10% odkładamy na cele długoterminowe (wakacje, kosztowne zakupy, niespodziewane koszty leczenia itp.);
  • 10% przeznaczamy na edukację (w tym książki, kursy, coachów, mentorów itp.);
  • 10% trafia na inwestycje długoterminowe (fundusze, giełda, polisy, nieruchomości i takie tam);
  • 10% ma służyć naszej rodzinie, rozrywce i przyjemnościom;
  • 5% natomiast powinniśmy oddawać na cele charytatywne.

Śmiać mi się chce z tego podziału, bo bardzo bym chciał, żeby moje konieczne i absolutnie niezbędne wydatki stanowiły zaledwie 55% tego, co zarabiam. Tymczasem w styczniu, który był dla mnie bardzo udany pod względem finansowym, może nawet rekordowy, pochłonęły 81% mojego przychodu. Doskonale wiem, że u wielu Niebogatych jest bardzo podobnie, więc taki podział można sobie skręcić w rulonik i wetknąć głęboko w… no, powiedzmy, w słoik po pieczarkach marynowanych.

Metoda saszetkowa

Trochę racji jednak Jankes ma. Rzeczywiście warto z chwilą otrzymania pensji podzielić ją tak, by na pewno nie wydać na duperele i mniej potrzebne rzeczy za wiele. Najpierw musimy przecież zaspokoić elementarne potrzeby: opłacić rachunki, spłacić raty, jeśli są, a także mieć za co jeść i pić. Im mniej mamy pieniędzy do dyspozycji, im trudniej jest związać koniec z końcem. Bezcenne może zatem być planowanie, którego jednak nie nazywałbym budżetem domowym.

Metoda saszetkowa – jak związać koniec z końcem

Na obrazku powyżej widzisz m.in. pola „LUTY” i „fryzjer”, a w każdym z nich pewną kwotę. To właśnie saszetki w Nest Banku.

Bardzo ciekawy pomysł, a działa to tak: masz na koncie, dajmy na to, 2000 zł. Wiesz, że na rachunki i opłaty potrzebujesz 900 zł. Wkładasz te 900 zł do saszetki, która jest czymś w rodzaju blokady. Te 900 zł masz dalej na koncie, ale dopóki są w saszetce, nie jesteś w stanie ich wydać. Ani ich nie przelejesz, ani nie zapłacisz nimi kartą, ani nie wyciągniesz z bankomatu. Czyli: do dyspozycji masz 1100 zł i możesz je przepić, przelać Rydzykowi albo płacić nimi w sklepach, aż się skończą. Saszetka ochroni natomiast Twoje dziewięć stów.

Co z tego wynika?

Ano to, że bardzo łatwo można po otrzymaniu pensji lub wypłaceniu jej sobie z konta firmowego rozplanować wydatki i umieścić je w saszetkach. W innych bankach jest to albo niemożliwe, albo wymaga (jak np. w Inteligo i mBanku) tworzenia subkont. Tu masz jedno konto, a na nim możesz tworzyć, edytować i likwidować saszetki. Za darmo oczywiście, jak wszystko w Nest Banku. Saszetkami możesz operować także w aplikacji mobilnej.

Jak w praktyce wykorzystywać saszetki

Teraz pokażę Ci plan mojej metody saszetkowej.

Punktem wyjścia musi być oczywiście wiedza o tym, jakie wydatki czekają nas w ciągu miesiąca od otrzymania wynagrodzenia. Jeśli prowadzisz spis wydatków (możesz pobrać mój szablon), już po jednym pełnym miesiącu (od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca) wiesz, ile i na co wydajesz. Najłatwiej będzie zaplanować opłaty stałe, takie jak czynsz, prąd, gaz – one zmieniają się stosunkowo rzadko. Do pierwszej saszetki wrzucasz więc tyle, ile powinno wystarczyć na wszystkie opłaty.

Jeżeli spłacasz jakieś raty – umieszczasz ich sumę w drugiej saszetce.

Jeśli masz jeszcze jakieś wydatki stałe, łatwe do przewidzenia – bach je do trzeciej saszetki.

W sytuacji, w której masz nadzieję, że np. na koniec miesiąca zostanie Ci 150 zł, wkładasz tę kwotę do czwartej saszetki. I niech tam sobie czeka. To będzie fundusz na przyjemności, choć lepiej by było odłożyć przynajmniej stówę na fundusz awaryjny.

Tym sposobem masz zabezpieczone, chronione pieniądze na to wszystko, co trzeba opłacić w ciągu miesiąca plus bonusik/rezerwę dla siebie. W miarę potrzeb likwidujesz saszetki i pieniędzmi z nich czerpanymi opłacasz, co musisz. Masz dzięki temu pewność, że w sklepach nie wydasz nic z tego, co jest przeznaczone na czynsz, rachunki i inne comiesięczne boleści.

Do dyspozycji pozostają Ci pieniądze na jedzenie, kosmetyki, chemię gospodarczą itp. Te możesz wydawać w sklepach. Oczywiście i tutaj możesz założyć saszetki, ale to już dzielenie włosa na czworo.

Marzec z saszetkami?

Jeżeli więc wypłatę dostaniesz np. 25 lutego albo 1 marca, możesz przeżyć marzec z saszetkami. Zdążysz  założyć konto w Nest Banku (to obecnie najlepsze konto osobiste w Polsce, bo całkowicie darmowe bez żadnych warunków, karta i bankomaty też, a przy tym miłe w obsłudze i funkcjonalne) i pozakładać saszetki.

Zyskasz:

  • bezpieczne schowki na obowiązkowe opłaty;
  • pełną świadomość tego, ile możesz wydać w sklepach;
  • być może też oszczędności, jeśli nie przejesz ostatniej saszetki.

Tak jest bezpieczniej i łatwiej, gdy grosza nie za wiele. Powodzenia!

Twoi znajomi też by to chętnie przeczytali...