Mit budżetu domowego: to nie jest lek na całe zło

Spotkasz go w każdym blogu finansowym, poświęconym mniej lub bardziej domowym finansom: budżet domowy. Blogerzy finansowi uwielbiają to pojęcie i przypisują mu niemalże magiczną moc. Dobrze ilustruje ją chętnie cytowane powiedzenie niejakiego Johna C. Maxwella: „Zrobić budżet to wskazać swoim pieniądzom, dokąd mają iść, zamiast się zastanawiać, gdzie się rozeszły”. Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna.

Najkrócej mówiąc, ów budżet domowy to nic innego jak plan dochodów i wydatków na każdy miesiąc. Może być rozbudowany i obejmować także pozycje z wielu następnych miesięcy. Jeżeli np. wiemy, że w sierpniu kończy się roczna polisa ubezpieczeniowa na mieszkanie, możemy sobie z góry wpisać jej prognozowany koszt i już teraz odkładać na nią pieniądze, żeby w sierpniu nie trzeba było ich pożyczać. Podobnie jest z innymi wydatkami, takimi jak wakacje, kolejny rok szkolny i związane z nim potrzeby dzieci, sprawy samochodowe itp. itd.

Budżecie domowy, o wielki władco…

Problem jednak w tym, że budżet domowy bywa często mitologizowany: przypisuje mu się moce sprawcze, o których można tylko pomarzyć. Ogarnięcie finansów, eliminacja niemądrych wydatków, wygospodarowanie oszczędności, ba, ponoć zrobienie sobie budżetu domowego daje nawet poczucie udzielenia sobie podwyżki.

Entuzjaści budżetu domowego mieliby w tym miejscu rację, gdyby nie… No właśnie.

Liczna grupa blogerów finansowych ma bowiem coś lub kogoś zwanego personą. Persona to taki modelowy czytelnik blogu: bloger tworzy najpierw jego profil, całkiem tak jak policyjny profiler, a następnie tworzy treści na jego użytek.

Persona wielu blogów finansowych to utracjusz(ka)

Właściwie najchętniej napisałbym: dobrze sytuowany cymbał. Jest to ktoś dobrze zarabiający, nieprzejmujący się wydatkami i kupujący masę niepotrzebnych rzeczy, poczynając od tej słynnej już kawy na mieście. Ktoś taki nie umie się powstrzymać przed wydawaniem pieniędzy, a na koniec miesiąca jest zdziwiony, że mu się one rozeszły. Dopiero gdy sporządzi najpierw spis wydatków, a potem już budżet domowy, wali sobie plaskacza w czoło i ze zdumieniem odkrywa, ile wydał na duperele i co mógłby twórczego z tymi pieniędzmi zrobić.

Ilu jest takich ludzi? Nie wiem. Być może cała rzesza, skoro piewcy budżetu domowego i ich epigoni cieszą się niemałą popularnością.

Budżet domowy a Niebogaci

Sytuacja finansowa 2/3 Polaków jest jednak zupełnie inna – im budżet domowy pomoże niewiele, a najczęściej w ogóle nie pomoże. Dlaczego?

Wróćmy do cytatu przytoczonego na początku. Wyobraźmy sobie teraz Niebogatego, który zarabia polską medianę, czyli jakieś 2500 zł netto. Jakim pieniądzom miałby on wskazywać drogę, skoro z góry wie, że większość lub całość jego dochodu rozejdzie się na comiesięczne opłaty, konieczne zakupy i spłatę kredytów? Jeżeli nasz Niebogaty połapie się, ile wydaje na mieszkanie, może samochód, ile spłaca bankowi, a ile mu zostaje na jedzenie, ubranie itp., to okaże się, że nie ma tu żadnej nadwyżki. Samo życie dyktuje jego pieniądzom, dokąd mają pójść. Jeśli zaś zostanie mu jakimś cudem stówa nadwyżki, to może oczywiście zdecydować o jej losie. Tym samym jednak wskazuje drogę zaledwie 1/25, czyli dumnym czterem procentom swoich pieniędzy.

A zatem ktoś, komu wystarcza jedynie na zaspokajanie elementarnych potrzeb, nie ma po co prowadzić budżetu domowego. Powinien jednak ewidencjonować wszystkie wydatki, o czym napiszę później.

Natomiast ktoś, komu na koniec miesiąca zostaje lub może zostać jakaś licząca się kwota, może prowadzić budżet domowy, ale i tak wskaże drogę jedynie pewnej części swoich pieniędzy. Może to wyglądać tak:

Pięknie by było, prawda?

Pięknie by było, prawda?

No właśnie. Tak to powinno wyglądać, ale nie wygląda, gdy zarabiamy za mało w stosunku do potrzeb.

Budżet Niebogatego byłby rosyjską ruletką

Jeżeli pieniędzy ledwie starcza na zaspokojenie potrzeb, ewentualne planowanie byłoby rosyjską ruletką lub, jak kto woli, rysowaniem zamków na piasku. No bo na przykład: zaplanujesz sobie, że na chemię gospodarczą wydasz 80 złotych. Czemu tyle? Bo tyle było w ubiegłym miesiącu. Teraz jednak okazuje się, że skończył się płyn do kąpieli, a ponadto pies nasikał na dywan, w związku z czym trzeba kupić preparat do czyszczenia. I już z 80 zł robi się sto albo więcej – a rezerwy nie ma, rezerwa jest u Średnickich i Bogackich. To samo z jedzeniem. Zaplanujesz sobie np. 1000 zł, ale co zrobisz, gdy dzieci zaczną prosić o bitki wołowe albo o pizzę? Dasz każdemu w ucho i podasz znienawidzone ruskie?

Z mojego doświadczenia wynika, że praktycznie nie ma miesiąca, w którym nie pojawiłby się jakiś nieplanowany, a konieczny wydatek.

A co dopiero, gdy ktoś ma nieregularne dochody i raz zarabia więcej, raz mniej? To już byłoby wróżenie z fusów. Szkoda czasu.

Warto natomiast prowadzić spis wydatków

Moje wydatki ewidencjonuję od czerwca 2018 roku. Co do grosika. Mam z tego następujące korzyści:

  • wiem, ile mi potrzeba, żeby zapłacić za wszystko, za co zapłacić muszę;
  • widzę, ile przeznaczam na zakupy, ile na opłaty, a ile na spłaty;
  • mam policzone, ile płacę bankom (odsetki, opłaty, prowizje);
  • zauważyłem, gdzie tkwią niewielkie rezerwy;
  • zrozumiałem, że jedyną dla mnie drogą jest walka o zwiększanie dochodów, bo na wydatkach niewiele mogę „ugrać”.

Te rezerwy to nie jest jednak coś, z czego mogę od razu skorzystać. Przykład: mogę płacić o 50 zł mniej za telefon, ale dopiero wtedy, gdy skończy mi się dwuletnia umowa i będę mógł przejść na ofertę bez telefonu (bo mam za darmo nowy dzięki pewnej promocji) lub zmienić operatora. Dziś jeszcze muszę płacić, ile muszę. Mogę się natomiast starać o zmniejszanie opłat bankowych, choć niestety nie wszystkich.

Jesteśmy często wzrokowcami i dopiero spojrzenie na liczby w arkuszu kalkulacyjnym pozwala rzeczowo ocenić sytuację.

Jeszcze jedna prawda o budżecie domowym

Bardzo często można się spotkać z sugestiami, że kto prowadzi budżet domowy, ten „ogarnia swoje finanse”, a w rezultacie ma więcej pieniędzy. To oczywiście mit, to mieszanie herbaty z nadzieją, że od mieszania stanie się słodsza. Zauważ jednak, ile jest kursów, webinarów, szkoleń i książek: tworzą je i sprzedają ci właśnie, którzy opiewają budżet domowy. Bo:

Nie wydawaj pieniędzy na kursy

Niedawno czytałem podsumowanie jednego z takich kursów, adresowanego do kobiet. Uczestnictwo kosztowało bodajże około 70 złotych, a chętnych było 250. Policzmy: daje to 17 500 zł przychodu blogerki, która ten kurs stworzyła. A ile zyskały uczestniczki?

Pytanie retoryczne, prawda?

Twoi znajomi też by to chętnie przeczytali...